25.05.2014

"Bo pragnę tylko Jego"


Tytuł: "Bo pragnę tylko Jego"
Pairing: Kto zgadnie?
Ilość słów: 1213
Gatunek: angst
Autor: płomyczek saviano  



        Nigdy bym nie pomyślał, że to spotka właśnie mnie. Nie wierzyłem w miłość, szczęście, uśmiech powodowany obecnością drugiej osoby i nie wierzyłem w to, że można chcieć umrzeć z samotności. Ale teraz tak jest. Leżę w łożku, a wokół mnie walają się zużyte chusteczki. Trzy dni temu zasunąłem rolety w oknach i od tamtego czasu nie podniosłem się łożka. Nie mam ochoty. W pierwszym momencie poczułem się jakby ktoś walnął mnie czymś ciężkim w głowę, potem wyrwał serce i zabrał ode mnie wszystkie uczucia. Teraz nie czuję nic; jedynie pustkę, perfekcyjnie wypełniającą mnie od środka.
        Nie obwiniam Go, w końcu to nie jego wina, raczej tylko moja. Chociaż może gdyby On zobaczył to wcześniej, gdyby pomyślał przez chwilę o mnie, może to nie skończyłoby się tak. Nie miałbym ran na ciele i może znalazłbym powód by wstać z łożka. Jednak stało się to, co się stało. Odszedł, znienawidził mnie. Ma rację, nigdy nie będę dla niego wystarczająco dobry. O to chodzi, gdybym był, dawno temu bylibyśmy szczęśliwi. Pokochałby mnie, nie jego.
        To trochę bolało. Swiadomość, że najważniejsza osoba w moim życiu, moje wszystko, mój własny azyl i jedyny powód do uśmiechu - świadomość, że On mnie nie chcę... To bolało. Nawet nie trochę, to rozwalało mnie na tysiąc kawałków. Miałem do siebie żal za zjedzenie choćby jednego kęsa, mój Boże, miałem do siebie żal za każdy wykonany oddech. Nie wiem, czy nadal mam. Nie wiem, czy chcę nadal oddychać, czy chcę walczyć. Chyba nie. Nie widzę sensu. Nie ma Go przy mnie. Odszedł. Wybrał jego, w końcu on jest idealny. Nic na to nie poradzę, że ważę (może ważyłem?) trochę więcej i nie jestem tak szczuplutki jak on. Nic nie poradzę, że nie mam cudownego głosu i nie robię tak ślicznego aegyo, a na dodatek nie wyglądam w okularach najperfekcyjniej na świecie. Rzeczywiście, jestem brzydki. Gruby. Nic nie potrafię. Pewnie dla tego On wybrał kogoś innego, kogoś, kto jest idealny.
        Nie wiem, czy tamten chłopak zdaje sobie sprawę jak wielkie szczęście ma. Chyba nie, sądząc po tym, że ostatnio nasz wspólny znajomy zadzwonił do mnie i pytał, czy On się do mnie odzywał. Nie zrobił tego od naszej pamiętnej rozmowy. Rozumiem go, naprawdę. Też nie chciałbym mieć ze sobą nic wspólnego. Jestem ohydny. Nie to co Jego miłość. Powinienem się cieszyć, prawda? Nie, nie prawda. Nie mam z czego. Chciałbym myśleć, że mam złamane serce, ale tak nie jest. Moje serce odeszło wraz z Nim. Może gdybym wtedy Mu tego nie wyznał, może gdybym się zamknął, On byłby teraz ze mną. Nie jako „mój chłopak”, ale jako mój najlepszy przyjaciel, tak jak było dotychczas. Dałbym radę to znieść, teraz to wiem. Wolę życie obok Niego ze świadomością, że On nigdy nie będzie mój, niż życie bez Niego. Bo w tym momencie jest strasznie. Nie ma Go. Nie mam po co się uśmiechać, nie mam po co żyć.
        Powinienem się zmienić. Może nawet wstać z łożka, pójśc na siłownię i schudnąć; mógłbym jeść mniej, wtedy byłbym o wiele drobniejszy i gdyby On zobaczyłby mnie na ulicy, może wydałbym mu się o wiele bardziej ładniejszy niż teraz. Chociaż, to chyba się nie stanie. Nawet gdybym był najchudszy na świecie, to nigdy nie będę wystarczająco dobry. Nie będę tamtym chłopakiem. Nie będę się pięknie uśmiechał. Zawsze pozostanę gównem. Nie da się inaczej nazwać tego, czym jestem. Nie powinienem się rodzić. On miał rację, i chociaż po tamtej kłótni, podczas której to powiedział, zarzekał się, że wcale tak nie myśli – miał rację. Im wszystkim byłoby lepiej beze mnie.
        Jestem egoistą, tak myślę. On pewnie też cierpi, w końcu chyba tamten chłopak go odrzucił. Na dodatek pewnie ma złe wspomnienia po tym, jak takie coś jak ja wyznało mu miłość. Jak mogłem? Jak śmiałem? Wiedziałem, jak zareaguje. Wiedziałem, że żadne błagania by nie odchodził, żadne łzy, nic nie pomoże. Teraz też nic nie pomoże. On cierpi. Jestem tego pewien, a przez swój egoizm nie ma mnie teraz przy Nim. Chociaż nie wiem, czy by tego chciał. Zawsze mówił, że ufa mi najbardziej, ale kto chciałby być pocieszanym przeze mnie? No kto? Nikt. Dlatego nigdy nie miałem przyjaciół, znajomych. Dlatego zawsze byłem sam. Jak teraz. Teraz też jestem sam. A dlaczego? Bo sobą zniszczyłem wszystko.
        Może uda mi się w przyszłości wstać - nie w tym momencie, moje ciało jest zbyt ciężkie. Trudno mi się oddycha przez ten ciężar, ale może się uda. Za kilka dni, nawet tygodni. Może uda mi się odsłonić rolety, podejść do lustra i może uda mi się zaakceptować fakt, że nie jestem tamtym chłopakiem. Może uda mi się wejść pod prysznic i doprowadzić się do stanu jakotakiej używalności, a potem może uda mi się wyjść rano do parku w którym codziennie biegał, tylko po to, by Go zobaczyć, ostatni raz. Może uda mi się powstrzymać wtedy łzy i może uda mi się dojść do domu. Może uda mi się napisać list i może uda mi się wygrzebać te tabletki spod desek. Może uda mi się wziąć głęboki oddech i wysłać Mu ostatniego sms'a. To takie idiotyczne, prawda? Niczym z dram. Tyle, że w tych wszystkich filmach, chłopcy biegną wtedy do dziewczyny, mówią jej jak ją kochają i to wszystko dobrze się kończu. A niestety, w tej historii nie ma happy endu. Chociaż może uda Mu się mieć własne, szczęśliwe zakończenie, z tamtym chłopakiem, którego kocha. Ja tylko tego chcę, Jego szczęścia. Nic innego się nie liczy - w szczególności ja i moje uczucia.
        Tak będzie lepiej. To jedyne, co wiem. Tak będzie lepiej dla Niego. Bo na tym to wszystko polega, na tym polega ta cholerna miłość, której nigdy nie chciałem. Chcesz szczęścia drugiej osoby, jej uśmiechu i zdrowia. Tego właśnie dla Niego chcę, naprawdę. Zawsze tylko tego dla Niego chciałem, zawsze tylko o to dla Niego walczyłem. Teraz chyba też powinienem to zrobić. Po prostu pogadać z tamtym chłopakiem, uświadomić mu, co takiego zyskał od losu. Najwspanialszego, najprzystojniejszego faceta na ziemi. Jego. Los dał mu w prezencie wszystko, czego ja pragnę.
        Bo pragnę tylko Jego.




Kim Minseok dnia czternastego maja dwutysiącznego czternastego roku popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości.”


Cześć miśki. Uśmierciłam swojego ultimate biasa, jak mogłam? Zabawne. Widzicie, chyba właśnie zrozumiałam czemu nie wychodzą mi fluffy i wszystkie te inne szczęśliwe opowiadania. Boże, ja nawet wiem czemu nie napisałam tego opowiadania o Iljin, które siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu i wiem, czemu nie napiszę nic fajnego przez następne kilka tygodni. Bo wiecie, ciężko jest pisać happy endy, kiedy twoje własne życie ani trochę ich nie przypomina. Irytujące. Najfajniejsze jest to, że chyba znalazłam miłość od angstów. Smieszne, bo wcześniej nienawidziłam tego gatunku. No, ale jak to się mówi – od nienawiści do miłości jeden krok. Tym krokiem chyba było to ff. Domyśla się ktoś, kim był „On”? Jeśli tak, to mówcie. Ciekawa jestem, czy zgadniecie. Co ja mogę jeszcze powiedzieć... Nie sądzę, by często się tu coś pojawiało. Jak już, to będą to angsty, więc radzę zaopatrzyć się w chusteczki, jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy. Pochodzę po tumblr, poszukam inspiracji. Może nawet pouśmieram parę bohaterów... Kto wie:) Cieszę się, że tu jesteście. Naprawdę się cieszę. I jeszcze jedno! Dziękuję z całego serduszka, bo mój BaekYeol ma ponad 600 wyświetleń! Dla niektórych to pewnie malutko, ale ja się bardzo cieszę. Mam nadzieję, że każde ff przypadnie Wam tak do gustu:*